2012/03/19, poniedziałek

W zasadzie zdjęcie zrobione w podziemiach Dworca Centralnego nie wymaga dłuższego komentarza: reklama genialna w swojej prostocie. Szkoda tylko, że na górze nie ma salonu Orange tylko zwykły przystanek autobusowy.
Na szczęście zmiana operatora wymaga dłuższej chwili zastanowienia, ta reklama byłyby niezwykle skuteczna gdyby chodziło o produkty impulsowe np. batoniki.
Zapisano w kategorii | Brak komentarzy »
2012/03/6, wtorek
Sól przemysłowa czy jadalna, czyli kto robi konsumentów w balona.

Sanepid właśnie podał, że sól przemysłowa, która była używana do peklowania w zakładach wędliniarskich, jest obojętna dla zdrowia. W pobranych próbkach było wprawdzie za dużo siarczanów – 2,116 procent, ale sól morska może mieć aż 6 procent siarczanów i jest polecana jako zdrowa. Sanepid uważa, że sól nie jest szkodliwa, więc produkty, które ją zawierają nie będą wycofywane z obrotu.
Gazeta.pl przypomina, że już wcześniej włocławski Anwil, którego produkt wykorzystano niezgodnie z przeznaczeniem ,w komunikatach uspakajał, że skład soli nie stanowi żadnego zagrożenia. Zaczynam na serio podejrzewać, że sól drogowa od jadalnej różni się jedynie nazwą. Skoro tak, to producenci soli nieźle biją konsumentów po kieszeniach – łatwo to policzyć: kilogram soli jadalnej w Biedronce kosztuje 99 groszy, cena hurtowa soli drogowej wynosi 280 zł za tonę ( tj 28 gr za kg). Oczywiście nie radzę nikomu sypać do garnka soli przemysłowej, ale na pewno się warto zastanowić kupując sól do zmywarki. Opakowanie takie specjalistycznej soli do zmywarek w supermarkecie kosztuje 7-9 zł. Jej substytutem są 10- razy tańsze tabletki solne (do czyszczenia kotłów) , dostępne w marketach budowlanych. . O tym i o innych tańszych zamiennikach drogich substancji już kiedyś pisałem. Zapraszam do lektury.
Zapisano w kategorii | Brak komentarzy »
2012/03/1, czwartek
Parę dni temu media obiegła wiadomość, że oto dzielni inspektorzy NIK sprawdzają czy urzędy publiczne opłacają abonament radiowo-telewizyjny. Z materiału wyemitowanego wiadomościach TVP można się było dowiedzieć, że przynajmniej dwa z nich – Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz wrocławski urząd wojewódzki takiego obowiązku dopełniły, co już pierwsze kontrole NIK potwierdziły.
Ta informacja przeszła bez większego echa, ale mnie jako podatnika wkurzyły. Przecież NIK nie sprawdzał czy środki publiczne zostały zmarnowane, lecz jedynie czy zostały przelane z jednego publicznego konta na drugie. Skoro właścicielem obydwu kont (nie bezpośrednio) jest Skarb Państwa, aktywność NIK na tym polu budzi moje zdumienie. Izba zamiast zajmować się podobnymi duperelami, powinna badać nadużycia. Mogłaby np skontrolować TVP, która trwoni pieniądze podatników na głupie programy, które z misją publiczną nie mają nic wspólnego.
Zapisano w kategorii , media | 1 komentarz »
2012/02/27, poniedziałek
Mój internetowy znajomy Paweł Tkaczyk, znakomity praktyk marketingu wraz ze swoim wydawcą zorganizował na facebooku promocję swojej najnowszej książki. Każdy kto nabył „Grywalizację”, mógł zamówić w internetowej księgarni dodatkowy egzemplarz w formie elektronicznej w cenie 5 zł. Aby skorzystać z promocji trzeba było podczas zakupu wpisać do odpowiedniej rubryki hasło. Było nim słowo, które łatwo było zlokalizować w książce na podstawie podanych na fb wskazówek. Nie wątpię, że promocja odniosła pożądany skutek, bo hasło wyciekło” do sieci,” i jestem przekonany, że sporo internautów „Grywalalizacją” się zainteresowało, o co organizatorom zabawy chodziło.
Dla fanów Tkaczyka możliwość dokupienia elektronicznego egzemplarza jego książki też pewnie stanowiło atrakcję. Może niektórym pytanie wydaje się naiwne, ale czy tak uznany autor nie mógłby udostępniać swojego e-booka bezpośrednio? Nie za 31 za ale np., za 10 lub 15 zł.? Wszak niedawno głośno było o pewnej ( i niezbyt utalentowanej) pisarce, które swoje grafomańskie opowiadania zamieściła w Amazonie na czym zbiła fortunę. W Polsce też to powinno być możliwe, bo skoro autor dostaje tylko 10 proc. wpływów od każdego sprzedanego egzemplarza to decydując się na publikację tego samego dzieła samodzielnie taniej, zarobiłby wielokrotnie więcej.
Dlaczego u nas tak nie jest w sugestywny sposób na swoim blogu oraz na łamach „” Gazety Wyborczej” wytłumaczył Piotr Lipiński, który niedawno postanowił zostać self publisherem.
Okazuje się, iż bardziej niż na piratów skarży się na Amazona, który z niezrozumiałych powodów polskojęzycznych książek nie chce udostępniać. Jeszcze w marcu ponoć ma się to zmienić, gdyż amerykański potentat chce wejść z ofertą na polski rynek. Jeśli faktycznie tak się stanie to wierzę, że zdolni autorzy zaczną na swoich książkach świetnie zarabiać. Pod dwoma warunkami, że będę swoje dzieła udostępniać bezpośrednio i po przystępnych cenach.
Zapisano w kategorii | Komentarze (3) »
2012/02/13, poniedziałek

Gdy parę dni temu przeczytałem, iż ponad połowa kanadyjskich studentów posiada smartfony i większość z nich instaluje aplikacje e-commerce, uwierzyłem w zapowiadaną przez Deloitte erę Store 3.0. Według analityków tej firmy już niebawem konsument ze smartfonem wyposażonym w czytnik kodów kreskowych zmusi sieci handlowe do przedefiniowania prowadzonego przez nie biznesu. Ich zdaniem radykalnie zmienią się nie tylko zachowania konsumentów, ale też sposoby komunikowania z nimi, a nawet aranżacja sklepów czy ekspozycja towaru na półkach.
Postanowiłem sprawdzić jak się w Polsce sprawy mają. Do udostępnionego przez firmę Samsung testowego smartfona ( Galaxy Note), wgrałem kilka polskich i zagranicznych czytników kodów (z funkcją tworzenia list zakupów). Największe nadzieje pokładałem w aplikacji popularnej wyszukiwarki Nokaut, która swój mobilny skaner udostępniła użytkownikom w grudniu. Udałem się więc do warszawskich Złotych Tarasów wypróbować nową zabawkę. Życie szybko mój zapał zweryfikowało „in minus”. W Saturnie było dość słabe oświetlenie, co zapewne sprawiło, że skaner co chwilę odmawiał współpracy. Było tam dosyć ciemno i najwyraźniej urządzenie miało kłopot z uzyskaniem stabilizacji obrazu. Już po testach rzecznik Nokaut przyznał, że nie była to wina Samsunga lecz niedopracowanej aplikacji ( która niebawem ma ponoć otrzymać likwidujący tę wadę aktualizację). Bez problemów skaner Nokaut działał w perfumerii Douglas, ale znów zawiódł w supermarkecie Carrefour, który jest zlokalizowany w piwnicach. Było tam wystarczająco jasno, lecz ze względu na brak sygnału porównywarka cen nie funkcjonował A tak na marginesie: zauważyłem, że dużych marketach komórki łatwo tracą zasięg, więc może nie jest to dziełem przypadku? Może sieci po prostu nie chcą, by ich klienci korzystali z podobnych udogodnień. Takich podejrzeń nabrałem po wizycie w Empiku, który słynie z wyżyłowanych cen multimediów. I tu również czekała mnie przykra niespodzianka, bo mimo dobrego oświetlenia mój skaner w ogóle nie chciał czytać kodów. Powód tego stanu rzeczy jest prozaiczny – na multimedia Empik nakleja własne kody kreskowe, które nie są zgodne z przyjętym w Europie standardem ean. Niestety nie jest on obowiązkowy i obawiam, się firmy będą z tego co raz chętniej korzyści. Nie mam złudzeń, że właściciele sklepów traktują smartfony ze skanerami za poważne zagrożenie.
W Nokaucie dowiedziałem się, iż niedawno Empik zaczął nanosić na fabryczne kody własne oznaczenia – rozpoznawalne jedynie przez własne czytniki .W jakim celu? Czekam na oficjalne wyjaśnienia grupy Empik. Ciekawe jakie podadzą powody…..
Zapisano w kategorii , Technologie | Komentarze (2) »
2012/01/30, poniedziałek
Moja kariera dziennikarska zaczęła się nader skromnie ( a było to 23 lata temu). Mój szef kazał mi spisać ceny nabiału na osiedlowych bazarach. I od tego momentu stosowne zestawienie w Gazecie Dolnośląskiej publikowaliśmy co tydzień. Do tego zadania podchodziłem z pokorą wychodząc z założenia, że każde doświadczenie może się w życiu przydać. I tak też się stało gdyż po wielu latach było inspiracją do rankingu hipermarketów. Przypomnę, że d 2003 roku na łamach POLITYKI publikujemy z Piotrem Stasiakiem ranking sieci handlowych – spisujemy ceny kilkudziesięciu najpopularniejszych produktów tyle, że nie na osiedlowych bazarach lecz w super i hipermarketach. Oczywiście nie robimy tego sami, wyręcza nas pokaźna grupa profesjonalnych ankieterów z wynajętej firmy badawczej. Tylko cel jest ten sam co przed laty – chcemy pokazać czytelnikom, gdzie jest naprawdę taniej, jak można zaoszczędzić. Podobne intencje miałem zakładając ten blog, przeczuwając, że tematyka konsumencka będzie cieszyć się rosnącym powodzeniem, zwłaszcza w takim czasie, który właśnie nastał: niepewności i nadchodzącej gospodarczej dekoniunktury.
W sytuacji gdy strumień pieniędzy wysycha, konkurujące ze sobą firmy obniżają ceny, ale po drugiej stronie barykady pracują doświadczeni marketingowcy, którzy zrobią wszystko by ich oferta wydawała się dużo bardziej atrakcyjna niż jest nią w istocie. Korzystają z osiągnięć współczesnej psychologii pasożytując na naszych słabościach. Postanowiłem zatem więcej pisać o stosowanych przez nich metodach – przekombinowanych cennikach, fałszywych promocjach, nieuczciwej reklamie (proszę Czytelników o przykłady!).Nie mam złudzeń ani nie chcę nikogo łudzić – sama wiedza o kulisach współczesnej promocji nie uodporni czytelników na marketingowy przekaz. Ufam jednak, że dzięki większej samoświadomości będą robili zakupy rozważniej niż do tej pory.
Zapisano w kategorii | Brak komentarzy »
2010/02/27, sobota
Życie bez telewizora(1)
Kiedyś profesor Bralczyk powiedział, że ilekroć dochodzi do wniosku, że oglądany program go „nie ubogaca”, natychmiast zmienia kanał.. Odkąd sam zacząłem stosować tę metodę, co raz mniej czasu spędzałem przed telewizorem. Mimo kilkunastu dostępnych kanałów, z telewizora ziało nudą, a do prawdziwej pasji doprowadzał mnie wszechobecny reklamowy jazgot. Moja cierpliwość się wyczerpała, gdy platforma „N” w ramach promocji udostępniła mi za darmo na 3 miesiące pozostałe pakiety, za które normalnie musiałbym płacić 99 zł. Nie warte były tej ceny, gdyż większość kanałów emituje ten same programy na okrągło, Pomyślałem, że na co mi aż kilkadziesiąt kanałów, skoro na moje skromne potrzeby wystarczyłyby cztery. Platformy cyfrowe mogłyby z powodzeniem udostępniać poszczególne kanały, te wolą jednak sprzedawać je w pakietach, gdyż taki model biznesowy jest zapewne dla nich bardziej dochodowy. Zamiast im po raz kolejny raz ulec, usunąłem z salonu odbiornik i w jego miejsce ustawiłem komputer, maca mini z 22 calowym monitorem. Od tej chwili programy telewizyjne oraz filmy oglądam, czy raczej usiłuję oglądać przez Internet. Pierwszy dzień skończył się klapą – ze wstydem przyznam, że przegapiłem rozpoczęcie olimpiady i nie zobaczyłem skoków Adama Małysza, który pierwszego dnia igrzysk wywalczył srebro. Wszystko przez moją spersonalizowaną witrynę Igoogle. Są tam niemal wyłącznie serwisy mediów biznesowych, a że prawie nie interesuję się sportem, o sukcesie naszego mistrza dowiedziałem się podczas zakupów w sklepie osiedlowym. By obejrzeć jego wyczyn zajrzałem na witrynę tvn24.pl. Obejrzałem fakty – ale tam nie pokazali, nawet kawałka skoczni. Dopiero znajomy mnie uświadomił, że TVN nawet prawa do emitowania obrazków z Igrzysk nie posiada. Rozczarował mnie eursport.pl – tam by obejrzeć nawet kilkuminutową relację trzeba wykupić miesięczny abonament 9,90 zł. Kolejny olimpijski konkurs skoków udało mi się jednak on-line za darmo obejrzeć na itvp.pl. Ten należący do TVP portal udostępnia na żywo ten sam sygnał, co emitowany w programie 1.
Zapisano w kategorii media | Komentarze (17) »
2010/02/11, czwartek
Jak oszukują nas biura podróży
Wykupując wycieczkę do ciepłych krajów ze sporym wyprzedzeniem polski turysta musi być przygotowany na to, że nie wyleci, ani nie powróci w uzgodnionym pierwotnie przez biuro podróży terminie. Jest wkurzony, bo tak się zwykle składa, iż samolot, który miał lecieć w dzień, startuje w nocy lub nad ranem. Dwie zerwane doby, skrócony nierzadko o pół dnia pobyt, psują tygodniowy wypoczynek . Organizator wycieczki do winy zwykle się nie poczuwa. Tym, którzy domagają się odszkodowania odmawiają pokazując umowę. A tam przecież jak byk stoi, że organizator wycieczki ma prawo na tyle, a tyle dni przed wyjazdem do zmiany godzin przelotów. Dlaczego tak robią? Bo w ten prosty sposób mogą sporo zaoszczędzić. Każdy samolot pasażerski by na siebie zarabiał musi w ciągu doby wylatać minimum 8 godzin, z czego przez większość czasu zarabia na opłacenie kosztów stałych (głównie rat leasingowych, i obsługi technicznej). Im więcej czasu maszyna spędza w powietrzu tym lepsza jest ekonomika lotu. Nocne loty przynoszą przewoźnikom dodatkowe korzyści np. nie muszą płacić portom lotniczym za nocny postój. Problem jednak w tym, że pasażerowie nocami nie za bardzo chcą latać ( wyjątek stanowią oczywiście trasy międzykontynentalne). Dlatego przewoźnicy liczą na elastyczność biur podróży. Te oczywiście w trosce o dobro podróżny mogą zastrzec w umowie z przewoźnikiem punktualność lotów, częściej jednak skuszone dużymi rabatami dopuszczają możliwość przesunięcia startu lub lądowania nawet o kilkanaście godzin.
Czy konsument jest bezradny? Jeden z naszych czytelników Pan Mieczysław z Warszawy udowodnił, że niekoniecznie. W ubiegłym roku pozwał TUI Polska za przesunięcie godzin przelotów w ramach wykupionej wycieczki na Cypr z godzin dziennych na nocne i wygrał! TUI Polska musiało mu oddać 2500 zł (plus zwrot kosztów sądowych). Sąd orzekł, iż klauzula, na którą powołało się biuro przekładając godziny przelotów, jest sprzeczna z prawem. Aby uniknąć wypłaty odszkodowania TUI musiałoby wykazać, iż zmiana był następstwem siły wyższej.
Zdaję sobie sprawę, że takich zawziętych turystów jak Pan Mieczysław jest niewielu. Nie każdy ma czas, ani ochotę użerać się z nierzetelną firmą w sądzie. Ale niebawem sytuacja się radykalnie zmieni. Za pół roku wejdzie w życie ustawa o pozwach zbiorowych. Wtedy uczestnicy feralnych wycieczek będą mogli skarżyć nieuczciwe biura wspólnie.
Zapisano w kategorii , turystyka, Łap się za kieszeń | Komentarze (4) »
2010/01/19, wtorek
Wygląda na to, że politycy platformy ulegną populistycznym naciskom ludowców i rząd powoła międzyresortowy zespół, który przyjrzy się cenom i marżom stosowanym przez największe sieci handlowe.
Wprawdzie politycy obydwu partii twierdzą, że nie chcą ingerować w wolny rynek i chodzi im wyłącznie na tym by handel w hipermarketach był prowadzony zgodnie z regułami uczciwej konkurencji, ale ja w te zapewnienia nie wierzę.
Producenci od lat żalą się na sieci handlowe na to, że zamiast brać od nich pokornie towar, wciąż domagają się niższych cen i gnębią ich przy pomocy dodatkowych opłat np. za umieszczenie promowanego produktu w rozdawanej konsumentom gazetce, ułożenie towaru w wyeksponowanym miejscu etc. W rezultacie stać je o zgrozo, na organizowanie promocji, gdzie kilogram cukru kosztuje 2 zł! I Tesco musi – zupełnie jak to bywało za komuny – limitować jego sprzedaż. Cena jest na tyle niska, że 10- kilogramowe paczki pakują na wózki nie tylko wielbiciele domowych konfitur ale również właściciele drobnych sklepów osiedlowych.
Przyznam, że mnie jako konsumenta podobne okazje cieszą i guzik mnie obchodzi, kto handlując tym cukrem więcej zyskał. Najważniejsze, że któryś z pośredników, a może i sam producent, podzielił się ze mną swoją wcale nie małą marżą. Nie specjalnie mi też żal właściciela sklepu osiedlowego – kupując relatywnie mało dostaje z hurtowni dużo wyższe ceny niż duży supermarket, a dla cukrowni nie jest żadnym partnerem. Ale gdy do niego przychodzę i drogi cukier i tak kupuję, nie dlatego że jest tani, ale że w domu mi go zabrakło, a nie chce mi się po niego specjalnie jechać do oddalonego o 5 km hipermarketu.
Jak ten międzyresortowy zespół wreszcie powstanie, to zapewne szybko się okaże, że jest wobec prywatnych przedsiębiorców bezsilny, gdyż polskie prawo na szczęście zakazuje urzędnikom ingerowanie w treść dobrowolnie zawieranych przez przedsiębiorców umów. Dlatego już teraz zgłaszam konstruktywną propozycję – niech lepiej zespół prześledzi politykę handlową tych firm, gdzie państwo ma znaczące udziały lub dzierży monopol. Niech sprawdzi skąd biorą się niebotyczne marże na stacjach Lotosu i Orlenu. Powinien czym prędzej wyjaśnić dlaczego płacimy za gaz do ogrzewania domów po cenach z 2008 roku, a więc z czasów gdy notowania tego surowca biły rekordy. Zdaje sobie, że moje postulaty mogą wydawać się naiwne, ale pomagają sprecyzować oczekiwania wobec polityków. Kogo powinni chronić – producentów rolnych, koncerny czy nas konsumentów?
Zapisano w kategorii | Komentarze (4) »
2010/01/7, czwartek
Co raz więcej mówi się i pisze o zagrożeniu jakie dla środowiska stanowią energooszczędne świetlówki.
Taka świetlówka nie dość, że pozwala zaoszczędzić do 80 proc. energii to ponoć jest stanie służyć przez 5-6 lat. Piszę ponoć, bo akurat przeczy temu moje osobiste doświadczenie – ja zmuszony jest je wymieniać nawet co 6 miesięcy. Do interesu więc dokładam, i dalej bym to robił wiedząc, że w ten sposób chronię klimat. W sens tego jednak zacząłem wątpić po decyzji brytyjskiego rządu, który od Nowego Roku zakazał dostawcom energii darmowego rozdawania energooszczędnych żarówek. W ciągu 18 miesięcy wydały ich aż 182 mln. W ten sposób chciały wypełnić ciążące na nich zobowiązanie inwestowania w energooszczędne technologie. Skrupulatni urzędnicy zaczęli badać, jaki akcja przynosi efekt. Zlecone przez nich sondaże ujawniły, że w przeciętnym brytyjskim domu zalega po 6 nieużywanych energooszczędnych żarówek ( bo np. okazało się, że darowana żarówka ma za małą moc, lub nieodpowiedni gwint). Rząd zakazał więc rozdawnictwa „ekologicznych” żarówek wychodząc z założenia, że teraz zakłady energetyczne zaczną dopłacać do ocieplania budynków, co ma duży większy wpływ na ograniczanie emisji dwutlenku węgla do atmosfery.
Teraz dopiero gdy Bruksela na tradycyjne żarówki wydała wyrok ( mają zniknąć ze sklepów w 2012 roku) mówi się o drugiej stronie medalu – otóż taka energooszczędna świetlówka, gdy się przepali – staje się niebezpiecznym elekrośmieciem. Chodzi głównie o znajdującą się w luminoforze rtęć, ale nie tylko – po rozebraniu takiej żarówki na czynniki pierwsze, otrzymamy 25 sprawnych elementów z miedzi i plastiku.
Ministerstwo Gospodarki policzyło, że wymiana tradycyjnego oświetlenia na te energooszczędne w 13 mln gospodarstw domowych pozwoliłaby zaoszczędzić 4 TWh, czyli ponad 3,5 proc. rocznego krajowego zużycia energii elektrycznej netto. Ponieważ świetlówki stanowią niespełna 2,5 proc. źródeł światła, można przyjąć, że trzeba jeszcze wymienić 65 mln żarówek ( licząc po 5 na mieszkanie).
Jak zapewniają koncerny aż 90 proc. zużytej świetlówki nadaje się do recyclingu i wyprodukowania nowej. Świetnie. Tyle, że przeprowadzonego przez SMG/KRC sondażu wynika, że 55 proc. Polaków przepalone świetlówki zamiast oddać do recyclingu wywala do śmietnika! Nie przejmują się , że jest to wykrocznie, za które można zapłacić grzywnę w wysokości 5 tys. zł. Sęk w tym, że pewnie tak wysokiej kary jeszcze w Polsce nie zapłacił, strażnicy miejscy i ochrony przyrody wszak nie grzebią po śmietnikach. A nawet gdyby to zrobili i tak wysoką karę komuś wlepili, sąd zapewne mandat uchylił powołując się na znikomą szkodliwość czynu.
Zapisano w kategorii | Komentarze (11) »