Życie bez komputera

2009/11/20, piątek

Wypełniłem wniosek w Internecie, dołączyłem do niego zdjęcie (plik JPG) i po dwóch tygodniach odebrałem na wybranej stacji metra nowy bilet miesięczny. Idąc po niego byłem zły, bo firma mogła przecież wysłać kartę do domu  pocztą. Jeszcze bardziej zrzedło mi mina, gdy zobaczyłem kłębiącą się do okienka kolejkę. Zanim  się w niej ustawiłem, zapytałem w sąsiednim okienku czy aby na pewno osoby, które złożyły wniosek przez Internet też w tej przerażającej kolejce muszą czekać. Okazało się, że nie. I po minucie dostałem moją kartę. Na ten widok w moje ślady poszły ze dwie stojące w ogonku młode osoby. Mimowolnie zacząłem taksować wzrokiem pozostałych kolejkowiczów. Byli to ludzie w średnim wieku,  którzy zapewne jak najdalej trzymają się od komputera. Zapewne tacy, co sadzą, iż  nie jest im do niczego potrzebny. Znam takich co w dodatku są z tego dumni, choć nie potrafią powiedzieć dlaczego. Przyznam, że do niedawna wzruszałem na to ramionami, ale ta moja przygoda z kartą dała mi do myślenia – pokazała jakie mogą być skutki wykluczenia informatycznego. Można powiedzieć, że nic się nie stało: przez awersję do  Internetu i komputera ludzie ci stracili godzinę życia na kolejkowanie. Dużo ważniejsza kwestia dotyczy tego, czego pozbawieni mogą zostać jutro. 

Polska jak dworzec centralny

2009/11/12, czwartek

Niedawno znajomy na facebooku narzekał na Dworzec Centralny. Żalił się, że królujece tam od 20 lat brud i smród drażnią go wprowadzając w depresyjny nastrój. Oczywiście rozpętała się wokół tego dyskusja. Tylko nieliczni chwalili oldschoolowe klimaty, reszta twierdziła, że taki dworzec to wielki obciach dla prawie 40-milinowego państwa i to należącego do Unii Europejskiej.
A ja śmiem podejrzewać, że ten dworzec jest kwintesencją polskości, jest aż do bólu prawdziwy – tu spotykają wszyscy ze wszystkimi: przedstawiciele klasy średniej goniący na intercity rozpływają się szarym tłumie pasażerów kolei podmiejskiej, najbardziej jednak w oczy rzucają się bezdomni, narkomani – wszyscy ci, którzy nie mają gdzie się podziać. Bo centralny aż do bólu jest demokratyczny, i zarazem autentyczny: pokazuje prawdziwy obraz społeczeństwa, czego nie można powiedzieć do sąsiadującego z dworcem centrum handlowego Złote Tarasy. Tam ładnie pachnie, bo uliczny kloszard nie ma wstępu. Na dworcu jest paskudnie, gdyż patologie kłują w oczy. Nie da się ich zamieść pod dywan. Złośliwi powiedzą, że za komuny aż tak źle przecież nie było. Być może. W końcu centralny był o te 20 lat młodszy, zaś milicja bezdomnych wywoziła Nyskami do lasu. Ciekawe, co na podstawie analizy europejskich dworców, można powiedzieć o innych nacjach?

Szamani biznesu

2009/11/5, czwartek

Na biznesowych spotkaniach wiodącym tematem rozmów pozostaje kryzys. Z tych debat niewiele wynika i zaczynam odnosić wrażenie, że mówi się o nim tak jak niegdyś o pogodzie, wyłącznie po to by nawiązać kontakt lub podtrzymać więdnącą rozmowę.  Skojarzenie z pogodą jest tu jak adekwatne, bo jaka naprawdę będzie nie da się w dłuższej perspektywie przewidzieć. Z gospodarką jest podobnie – jest na tyle złożona,  jest niej tyle rozmaitych uwarunkowań, że ekonomista stał się kimś w rodzaju indiańskiego szamana. W pewnym sensie stał zakładnikiem kierowanych do nich oczekiwań, że wreszcie obwieści, że ten czy ów rosnący wskaźnik nie jest tylko światełkiem w tunelu lecz zwiastunem powracającej prosperity. Wyczekujący dobrych wieści menadżerowie co raz bardziej się niecierpliwią, ekonomiści zaś sami nadstawiają ucha ciekawi, czy aby jaskółek zwiastujących wiosnę z perspektywy przedsiębiorstwa  czasem nie widać. Jest tak jak w tym starym dowcipie o starym Indianie, który przez dwa lata z rzędu przepowiadał wyjątkowo srogą zimę i radził gromadzić dodatkowe zapasy chrustu. Ponieważ jego prognozy się nie sprawdziły,  postanowił więcej nie ryzykować i u dał się po poradę do meteorologa. Od niego usłyszał, że nadchodzi zima stulecia. Skąd taka pewność? Bo Indianie przez dwa lata z rzędu robili wielkie zapasy chrustu – usłyszał stary Indianin.  Coś w tym jest na rzeczy, prawda? Nie raz zastanawiam się jak to jest, że nawet najbardziej absurdalne opinie potrafią się rozpowszechniać niczym pożar lasu. Dzieje się tak wtedy, gdy wypowiada je  wszechwiedzący autorytet ( nawet znani publicyści w TOK FM wypowiadają się na tematy, o których nie mają bladego pojęcia), zaś poprawność polityczna bierze górę i publiczność zamiast mówcę wygwizdać, oklaskuje. Wydaje mi się, że tak właśnie dzieje się w przypadku afery hazardowej. Premier wypowiedział lobby hazardowemu wojnę i zapowiedział, że nowa ustawa zostanie uchwalona w trzy tygodnie. A wszyscy przecież wiemy, jakie bywają skutki pisania prawa na kolanie. Na styku biznesu z polityką w demokracji to chyba rzecz niestety normalna.
 Co ciekawe świat biznesu również łatwo ulega rozmaitym fantasmagoriom, w znacznej mierze to zasługa doradców ( którzy muszą  uzasadniać swoje istnienie) i dostawców nowych technologii. Bo z e-biznesem jest jak z gorączką złota – pamiętajmy, że w XIX wieku to nie poszukiwacze zbijali fortuny lecz dostawcy sit i łopat.
 

Toaleta a sprawa polska

2009/11/2, poniedziałek

Podczas Euro 2012 będziemy sie podwójnie wstydzić.  Z powodu obciachowej gry naszej drużyny i brudnych, drogich toalet.

 

Gdy do mojej skrzynki trafiła informacja z nagłówkiem: kompania edukacyjna „toaleta2012.pl”  pomyślałem, że rząd do przeprowadzenia ważnych reform się wprawdzie nie pali ale  przynajmniej chce posprzątać w publicznych toaletach.
Niestety się myliłem. Organizatorem tej pożytecznej akcji jest prywatna firma, która zajmuje się outsourcingiem toalet ( za stosowną opłata pilnuje czystości i dostarcza mydło oraz papier).  Jej „czyste patrole” krążą po kraju ujawniając to co oczywiste: na lotniskach, w hotelach i restauracjach jest z czystością i dostępnością toalet jest nieźle, a na dworcach kolejowych i autobusowych oraz w miejskich szaletach wręcz tragicznie. Niby o dobro społeczne chodzi, ale to  organizator całej akcji ma odnieść tu korzyść.  Jeśli ma być z tego powodu w toaletach, czysto to nie ma nic przeciwko.
Być może outsourcing jest dobrym rozwiązaniem, pod warunkiem jedak, że nie spowoduje drastycznego podniesienia opłat. Np. na warszawskim dworcu centralnym gdzie przewijają się chyba setki tysięcy podróżnych wizyta w toalecie kosztuje aż 2 zł.
Wcale się nie zdziwię, że w czasie mistrzostw kibice będą tam płacić ale nie złotych tylko euro. By jakoś ten chwilowy popyt ugasić miasta będące gospodarzami Euro powinny pójść w ślady Łodzi, której władze zaradziły deficytowi publicznych toalet na Piotrkowskiej w prosty sposób. Tam właściciele lokali gastronomicznych udostępniają swoje toalety przechodniom za darmo, gdyż w zamian miasto dało im obniżkę czynszu.
Ale to chyba wyjątek, bo w innych miastach nawet tolerancyjny Mcdonald’s stara się ograniczyć turystom dostęp sanitariatów. W jednej z restauracji, bodajże na rynku we Wrocławiu by za darmo z niego skorzystać, trzeba pokazać wejściu  paragon, świadczącym o tym, że wcześniej skonsumowało się hamburgera. W niektórych lokalach zainstalowano specjalne zamki szyfrowe z klawiaturą ( by wejść trzeba wprowadzić czterocyfrowy kod podany na paragonie).
Takie wynalazki śmieszą, zwłaszcza iż trochę przypominają PRL. Pamiętam, że gdy człek chciał się napić w knajpie piwa ( a były to czasy, gdy w sklepach rzadko piwo bywało) trzeba było kupić zakąskę płucka lub gulasz z serc ( bo innych potraw tam nie było). Muszę przyznać, że wtedy do śmiechu mi nie było.

Technologie z lamusa

2009/10/26, poniedziałek

Wprawdzie firmy zapewniają, że starają się pędzącej technologii dotrzymać kroku, ale tak się jakoś składa, że te najważniejsze wynalazki wdrażane są po kilkudziesięciu latach. O tym, że przełomowe innowacje odkładane są do szuflady na długie lata decyduje rachunek ekonomiczny. W końcu nie łatwo wyrzucić na złom instalację, skoro zwrot z wartej kilkadziesiąt milionów dolarów inwestycji obliczony był na 20 lat. Tak było w przypadku wspomnianych już przeze mnie elektronicznych etykiet RFID, które oparte są na technologii wynalezionej w latach czterdziestych ubiegłego wieku!
Od co najmniej bez mała lata słyszę o wirtualnych przymierzalniach. O sensowności takiej innowacji nie trzeba chyba nikogo przekonywać – to wielkie udogodnienie zwłaszcza dla wybrednych i obsługujących je ekspedientek, bo wybór kreacji stałby się łatwiejszy i nie pochłaniał aż tyle czasu. Taką wizję kreśli przed nami w swojej reklamie Cisco:

Na koniec chciałbym pokazać ciekawy system logistyczny testowany przez Brytyjczyków w latach 60-tych. Podobną platformę do sprzedaży internetowej wykorzystuje dziś w Anglii firma Tesco.

Cmentarna przyjemność

2009/10/21, środa

Kiedy wczoraj zobaczyłem nowy billboard sieci hipermarketów real , zacząłem się zastanawiać, czy jego twórca wykazał się brakiem wyczucia i zasłużył na naganę czy też na odwrót - należy musi się pochwała za medialną prowokację.
Skłaniam się ku drugiej wersji, bo nie wierzę, by ktoś wykazał się aż tak dużym brakiem wyobraźni. Tylko czy aby na pewno zaduszkowa reklama wyjedzie realowi na zdrowie?

 

Chip na złodzieja

2009/10/20, wtorek

Przed paroma laty zwiedzałem w Niemczech Future Store, supermarket  koncernu Metro (sieć Real), gdzie firma testuje na klientach rozmaite wynalazki.

Spośród tych, które tam wówczas widziałem, wdrożonych zostało ledwie kilka, np. kasy samoobsługowe czy monitory telewizyjne  emitujące reklamy produktów umieszczonych na sklepowych półkach. Żadna z sieci nie zdecydowała się np. wyposażyć wózki w ciekłokrystaliczne panele, gdzie klient mógłby wprowadzać swoją listę zakupów.

Zdziwiło mnie, iż mimo szumnych zapowiedzi furory nie zrobiły elektroniczne etykiety RFID – mikronadajniki, które pozwalają zeskanować zawartość koszyka bez wykładania produktów na ladę. I tu mogę się mylić, bo systemy antykradzieżowe również bazują na tej samej technologii. Akurat na nie sieci handlowe nie żałują pieniędzy. Ich straty spowodowane przez złodziei sięgają 2 proc. przychodów. Szacuje się, że w skali Europy ich łupem pada ok. 30 mld euro.
Elektroniczne etykiety stają się co raz mniejsze, przez co trudno je zlokalizować. Sam miewam z tym problemy, już ze dwa razy taki mały pasek wpadł mi na dno torby, a raz odnalazł się w portfelu. Łapię się na tym, że wchodzę do sklepów z lekką obawą, że a nóż z mego powodu bramka znów zawyje.
Cierpliwie czekam, aż  handlowcy wreszcie zrozumieją, że zajęli się problemem od niewłaściwej strony. Przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by jak w zamieszczonej poniżej reklamie IBM, gdzie bramka, zamiast wszczynać alarm przy pomocy fal radiowych, zdalnie skanuje zakupy ( również te ukryte pod płaszczem) i wystawia klientowi rachunek, potrącając należność z jego konta.

Witajcie w życiu

2009/10/16, piątek

Czyli jak nie zostałem milionerem

Nie. Nigdy nie uległem magii firmy Amway,  co sugeruje podtytuł. Ja tylko o tej sekciarskiej korporacji pisałem i to jako pierwszy na łamach Gazety Wyborczej razem z nieodżałowanym śp. Jackiem Kalabińskim. Był rok bodajże 1992 i mało, kto o Amwayu wówczas w kraju słyszał, choć już wtedy w sposób nieformalny próbowali budować swoje siatki ‘’sponsorzy” z Berlina i Wiednia.
Wtedy też po raz pierwszy przekonałem się o niewiarygodnej silne drzemiącej w tej nietypowej organizacji. Gdy nasz artykuł się ukazał, telefony w sekretariacie redakcji dosłownie się urywały – dzwonili czytelnicy z całego kraju prosząc bym pomógł im skontaktować się z Amwayem. I tak otrzymałem namiary na setkę silnie zmotywowanych ludzi, którzy dla każdego apostoła amerykańskiej korporacji z całą pewnością stanowiliby wielki potencjał. Przyznam, że przez moment miałem myśl by samemu zostać ich sponsorem, ale po chwili zastanowienia z tego pomysłu zrezygnowałem i kajet z adresami wylądował w koszu. Uznałem, że dziennikarzowi z podobnych okazji korzystać nie wypada. Poza tym sekciarski styl Amwaya i jego metody wzbudziły we mnie uprzedzenie ( zapewne jak u większość z Państwa.).
Słynny reportaż  Henryka Dederki “”Witajcie w Życiu, który TVP bała się wyemitować zrobił już w sieci wielką furorę. Mimo, że film przeleżał się  aż 12 lat, nie wiele stracił. A być może wiele zyskał, gdyż z dzisiejszej perspektywy widać dużo lepiej jak łatwo ludźmi było wówczas manipulować.  A może tylko ulegam złudzeniu? W końcu Amway istnieje i ma się całkiem dobrze, gdyż używa bardziej wyrafinowanych metod. Od paru lat działa też pod marką Vebso skutecznie zdobywają wyznawców w klasie średniej.
W jednym trzeba Amwayowi trzeba oddać sprawiedliwość. Jego produktu są wprawdzie drogie ale też naprawdę dobre ( wiem, bo sam niektórych używam). Gdyby było inaczej, firma nie rozwinęłaby skrzydeł.  Bo konsumentowi na dłużą metę nie da się wciskać kitu.

Formuła dla zabieganych

2009/10/14, środa

W Kaliszu od miesiąca działa supermarket, w którym robi się zakupy nie wysiadając z samochodu. Jego właściciel zapewnia, że koncept na tyle się klientom spodobał, iż planuje pod szyldem F1 uruchomić w całym kraju aż 350 podobnych placówek. To idealne rozwiązanie dla osób niepełnosprawnych, ale z całą pewnością to nie oni będą je najczęściej odwiedzać. F1 to raczej formuła dla ludzi zaganianych lub ekstremalnie leniwych, którym obrzydło pchanie przed sobą wypełnionego sprawunkami wózka. Dla mnie to jednak dowód na to, że nasz rynek detaliczny wreszcie się nasycił. Czas inwestycji się skończył – supermarketów, dyskontów jest już tyle, że otwarcie kolejnej placówki nie przekłada się na wzrost obrotów całej sieci. Handlowcy muszą się więcej o nas klientów lepiej starać – najprościej obniżając ceny. Na dłuższą jednak metę kosztów ciąć się nie da, bo to odbija się na jakości ( dłuższe kolejki przy kasie, gorszy asortyment).  Muszą zatem kombinować, poszukiwać nowych rynkowych nisz, gdzie mogliby się rozwijać. Czeka więc wysyp sklepów specjalistycznych i takich dziwolągów jak kaliski F1.
Koncept F1 nie jest czymś oryginalnym. Jest siermiężną kopią chińskiego patentu opartego na  technologii. Dowód na to znalazłem na youtube:

Dylemat pirata

2009/10/5, poniedziałek

Czy można być piratem nie narażając się na sankcje karne?

Na łamach “Metra” trwa debata,  czy ściąganie muzyki i filmów bez płacenia to złodziejstwo. Tymczasem pewien mój znajomy nie ściąga żadnych plików lecz kopiuje je z oryginalnych nośników i jak twierdzi nikt nie jest mu w stanie udowodnić , że jest na bakier z prawem.
 Jego patent jest banalnie prosty. Najpierw kupuje oryginalny krążek w sklepie. Następnie robi sobie jego kopię (wszak wolno mu wypalić płytkę na prywatny użytek), po czym oryginał sprzedaje z niewielką stratą na Allegro. Różnica to najprawdopodobniej równowartość tantiemy, którą dostają artyści. Policji się nie obawia, gdyż skrzętnie zbiera wszystkie paragony i faktury.
Nie jestem zwolennikiem podobnego cwaniactwa, ale praw, których nie da się skutecznie egzekwować nie należy stosować. Poza tym Internet jest wolny i nieskrępowana wymiana myśli ( co za tym idzie treści ) należy do jego specyfiki. Jestem przekonany, że technologiczne firmy zaoponują sensowne rozwiązanie – uwzględniające interes twórców. Ponoć już za parę lat  odtwarzacze mp3 odejdą do lamusa – zamiast nich będziemy używać komórek, a zamiast ściągać pliki będziemy kupować do dostęp – pomysł chwyci  jeśli np. mój  bratanek, który ma bzika na punkcie metalu, otrzyma dostęp do kilkudziesięciu ulubionych kawałków za umiarkowaną opłatą ( np. 10 zł miesięcznie). Jest też drugi warunek – profil muzyczny musi być dostępny w różnych odbiornikach tak aby można było z niego korzystać  w samochodzie, domu i na ulicy.
Ps. Przyznam się, że patent kolegi sam zastosowałem, tyle że w nieco zmodyfikowanej formie. Otóż kiedyś byłem nieszczęśliwym klientem Cyfry Plus. Nieszczęśliwym, gdyż mimo iż za  abonament regularnie płaciłem,  sygnał na mój dekoder firma nie raczyła wysyłać.  Co miesiąc musiałem interweniować w telefonicznym Biurze Obsługi Klienta.  Wreszcie straciłem cierpliwość i kupiłem piracką kartę u pana Ziutka. Z układu zadowoleni byli wszyscy – pan Ziutek, który zainkasował stówę, ja bo wreszcie mogłem telewizję  oglądać, no i Cyfra Plus. Bo nadal dalej płaciłem abonament i przestałem wydzwaniać do BOK i blokować linię. Oczywiście gdy termin umowy z upłynął platformę cyfrową zmieniłem.