Życie bez telewizora(1)

2010/02/27, sobota

Życie bez telewizora(1)

Kiedyś profesor Bralczyk powiedział, że ilekroć dochodzi do wniosku, że oglądany program go “nie ubogaca”, natychmiast zmienia kanał.. Odkąd sam zacząłem stosować tę metodę, co raz mniej czasu spędzałem przed telewizorem. Mimo kilkunastu dostępnych kanałów, z telewizora ziało nudą, a do prawdziwej pasji doprowadzał mnie wszechobecny reklamowy jazgot. Moja cierpliwość się wyczerpała, gdy platforma „N” w ramach promocji udostępniła mi za darmo na 3 miesiące pozostałe pakiety, za które normalnie musiałbym płacić 99 zł. Nie warte były tej ceny, gdyż większość kanałów emituje ten same programy na okrągło, Pomyślałem, że na co mi aż kilkadziesiąt kanałów, skoro na moje skromne potrzeby wystarczyłyby cztery. Platformy cyfrowe mogłyby z powodzeniem udostępniać poszczególne kanały, te wolą jednak sprzedawać je w pakietach, gdyż taki model biznesowy jest zapewne dla nich bardziej dochodowy. Zamiast im po raz kolejny raz ulec, usunąłem z salonu odbiornik i w jego miejsce ustawiłem komputer, maca mini z 22 calowym monitorem. Od tej chwili programy telewizyjne oraz filmy oglądam, czy raczej usiłuję oglądać przez Internet. Pierwszy dzień skończył się klapą - ze wstydem przyznam, że przegapiłem rozpoczęcie olimpiady i nie zobaczyłem skoków Adama Małysza, który pierwszego dnia igrzysk wywalczył srebro. Wszystko przez moją spersonalizowaną witrynę Igoogle. Są tam niemal wyłącznie serwisy mediów biznesowych, a że prawie nie interesuję się sportem, o sukcesie naszego mistrza dowiedziałem się podczas zakupów w sklepie osiedlowym. By obejrzeć jego wyczyn zajrzałem na witrynę tvn24.pl. Obejrzałem fakty – ale tam nie pokazali, nawet kawałka skoczni. Dopiero znajomy mnie uświadomił, że TVN nawet prawa do emitowania obrazków z Igrzysk nie posiada. Rozczarował mnie eursport.pl – tam by obejrzeć nawet kilkuminutową relację trzeba wykupić miesięczny abonament 9,90 zł. Kolejny olimpijski konkurs skoków udało mi się jednak on-line za darmo obejrzeć na itvp.pl. Ten należący do TVP portal udostępnia na żywo ten sam sygnał, co emitowany w programie 1.

Podniebne kanty

2010/02/11, czwartek

Jak oszukują nas biura podróży

Wykupując wycieczkę do ciepłych krajów ze sporym wyprzedzeniem polski turysta musi być przygotowany na to, że nie wyleci, ani nie powróci w uzgodnionym pierwotnie przez biuro podróży terminie. Jest wkurzony, bo tak się zwykle składa, iż samolot, który miał lecieć w dzień, startuje w nocy lub nad ranem. Dwie zerwane doby, skrócony nierzadko o pół dnia pobyt, psują tygodniowy wypoczynek .  Organizator wycieczki do winy zwykle się nie poczuwa. Tym, którzy domagają się odszkodowania odmawiają pokazując umowę.  A tam przecież jak byk stoi, że organizator wycieczki ma prawo na tyle, a tyle dni przed wyjazdem do zmiany godzin przelotów. Dlaczego tak robią? Bo w ten prosty sposób mogą sporo zaoszczędzić. Każdy samolot pasażerski by na siebie zarabiał musi w ciągu doby wylatać minimum 8 godzin, z czego przez większość czasu zarabia na opłacenie kosztów stałych (głównie rat leasingowych, i obsługi technicznej).  Im więcej czasu maszyna spędza w powietrzu tym lepsza jest ekonomika lotu. Nocne loty przynoszą przewoźnikom dodatkowe korzyści np. nie muszą płacić portom lotniczym za nocny postój. Problem jednak w tym, że pasażerowie nocami nie za bardzo chcą latać ( wyjątek stanowią oczywiście trasy międzykontynentalne).  Dlatego przewoźnicy liczą na elastyczność biur podróży. Te oczywiście w trosce o dobro podróżny mogą zastrzec w umowie z przewoźnikiem punktualność lotów, częściej jednak skuszone dużymi rabatami dopuszczają możliwość przesunięcia startu lub lądowania nawet o kilkanaście godzin.
Czy konsument jest bezradny? Jeden z naszych czytelników Pan Mieczysław z Warszawy udowodnił, że niekoniecznie. W ubiegłym roku pozwał TUI Polska za przesunięcie godzin przelotów w ramach wykupionej wycieczki na  Cypr  z godzin dziennych na nocne i wygrał! TUI Polska musiało mu  oddać 2500 zł (plus zwrot kosztów sądowych). Sąd orzekł, iż klauzula,  na którą powołało się biuro przekładając godziny przelotów, jest sprzeczna z prawem. Aby uniknąć wypłaty odszkodowania TUI musiałoby wykazać, iż zmiana był następstwem siły wyższej.
Zdaję sobie sprawę, że takich zawziętych turystów jak Pan Mieczysław jest niewielu. Nie każdy ma czas, ani ochotę użerać się z nierzetelną firmą w sądzie. Ale niebawem sytuacja się radykalnie zmieni. Za pół roku wejdzie w życie ustawa o pozwach zbiorowych. Wtedy uczestnicy feralnych wycieczek będą mogli skarżyć nieuczciwe biura wspólnie.

Spekulant z hiepermarketu

2010/01/19, wtorek

Wygląda na to, że politycy platformy ulegną populistycznym naciskom ludowców i rząd powoła międzyresortowy zespół, który przyjrzy się cenom i marżom stosowanym przez największe sieci handlowe.
Wprawdzie politycy obydwu partii twierdzą, że nie chcą ingerować w wolny rynek i chodzi im wyłącznie na tym by handel w hipermarketach był prowadzony zgodnie z regułami uczciwej konkurencji, ale ja w te zapewnienia nie wierzę.
Producenci od lat żalą się na sieci handlowe na to, że zamiast brać od nich pokornie towar, wciąż domagają się niższych cen i gnębią ich przy pomocy dodatkowych opłat np. za umieszczenie promowanego produktu w rozdawanej konsumentom gazetce, ułożenie  towaru w wyeksponowanym miejscu etc. W rezultacie stać je o zgrozo, na organizowanie promocji, gdzie kilogram cukru kosztuje 2 zł! I Tesco musi  - zupełnie jak to bywało za  komuny - limitować jego sprzedaż. Cena jest na tyle niska, że 10- kilogramowe paczki pakują na wózki nie tylko wielbiciele domowych konfitur ale również właściciele drobnych sklepów osiedlowych.
Przyznam, że mnie jako konsumenta podobne okazje cieszą i guzik mnie obchodzi, kto handlując tym cukrem więcej zyskał. Najważniejsze, że któryś z pośredników, a może i sam producent, podzielił się ze mną swoją wcale nie małą marżą. Nie specjalnie mi też żal właściciela sklepu osiedlowego – kupując relatywnie mało dostaje z hurtowni dużo wyższe ceny niż duży supermarket, a dla cukrowni nie jest żadnym partnerem. Ale gdy do niego przychodzę i drogi cukier i tak kupuję, nie dlatego że jest tani, ale że w domu mi go zabrakło, a nie chce mi się po niego specjalnie jechać do oddalonego o 5 km hipermarketu.
Jak ten międzyresortowy zespół wreszcie powstanie, to zapewne szybko się okaże, że jest wobec prywatnych przedsiębiorców bezsilny, gdyż polskie prawo na szczęście zakazuje urzędnikom ingerowanie w treść dobrowolnie zawieranych przez przedsiębiorców umów. Dlatego już teraz zgłaszam konstruktywną propozycję – niech lepiej zespół prześledzi  politykę handlową tych firm, gdzie państwo ma znaczące udziały lub dzierży monopol. Niech sprawdzi skąd biorą się niebotyczne marże na stacjach Lotosu i Orlenu. Powinien czym prędzej wyjaśnić dlaczego płacimy za gaz do ogrzewania domów po cenach z 2008 roku, a więc z czasów gdy notowania tego surowca biły rekordy.  Zdaje sobie, że moje postulaty mogą wydawać się naiwne, ale pomagają sprecyzować oczekiwania wobec polityków. Kogo powinni chronić – producentów rolnych, koncerny czy nas konsumentów?

Kto tu ściemnia?

2010/01/7, czwartek

Co raz więcej mówi się i pisze o zagrożeniu jakie dla środowiska stanowią energooszczędne świetlówki.
Taka świetlówka nie dość, że pozwala zaoszczędzić do 80 proc. energii to ponoć jest stanie służyć przez 5-6 lat. Piszę ponoć, bo akurat przeczy temu moje osobiste doświadczenie – ja zmuszony jest je wymieniać nawet co 6 miesięcy. Do interesu więc dokładam, i dalej bym to robił wiedząc, że w ten sposób chronię klimat.  W sens tego jednak zacząłem wątpić po decyzji brytyjskiego rządu, który od Nowego Roku zakazał dostawcom energii darmowego rozdawania energooszczędnych żarówek. W ciągu 18 miesięcy wydały  ich aż 182 mln. W ten sposób chciały wypełnić ciążące na nich zobowiązanie inwestowania w energooszczędne technologie. Skrupulatni urzędnicy zaczęli badać, jaki akcja przynosi efekt. Zlecone przez nich sondaże ujawniły, że w przeciętnym brytyjskim domu zalega po 6 nieużywanych energooszczędnych żarówek ( bo np. okazało się, że darowana żarówka ma za małą moc, lub nieodpowiedni  gwint). Rząd zakazał więc rozdawnictwa “ekologicznych” żarówek wychodząc z założenia, że teraz zakłady energetyczne zaczną dopłacać do ocieplania budynków, co ma duży większy wpływ na ograniczanie emisji dwutlenku węgla do atmosfery.
Teraz dopiero gdy Bruksela na tradycyjne żarówki wydała wyrok ( mają zniknąć ze sklepów w 2012 roku) mówi się o drugiej stronie medalu – otóż taka energooszczędna świetlówka, gdy się przepali – staje się niebezpiecznym elekrośmieciem. Chodzi głównie o znajdującą się w luminoforze rtęć, ale nie tylko – po rozebraniu takiej żarówki na czynniki pierwsze, otrzymamy 25 sprawnych elementów z miedzi i plastiku.
Ministerstwo Gospodarki policzyło, że wymiana tradycyjnego oświetlenia na te energooszczędne w 13 mln gospodarstw domowych pozwoliłaby zaoszczędzić 4 TWh, czyli ponad 3,5 proc. rocznego krajowego zużycia energii elektrycznej netto.  Ponieważ świetlówki stanowią niespełna 2,5 proc. źródeł światła, można przyjąć, że trzeba jeszcze wymienić 65 mln żarówek ( licząc po 5 na mieszkanie).

Jak zapewniają koncerny aż 90 proc. zużytej świetlówki nadaje się do recyclingu i wyprodukowania nowej. Świetnie. Tyle, że przeprowadzonego przez SMG/KRC sondażu wynika, że 55 proc. Polaków przepalone świetlówki zamiast oddać do recyclingu wywala do śmietnika! Nie przejmują się , że jest to wykrocznie, za które można zapłacić grzywnę w wysokości 5 tys. zł. Sęk w tym, że pewnie tak wysokiej kary jeszcze w Polsce nie zapłacił, strażnicy miejscy i ochrony przyrody wszak nie grzebią po śmietnikach. A nawet gdyby to zrobili i tak wysoką karę komuś wlepili, sąd zapewne mandat uchylił powołując się na znikomą szkodliwość czynu.

Pastorałka handlowa

2009/12/15, wtorek

“Szlag mnie trafia, jak w czasie zakupów słyszę nad głową “Lulajże Jezuniu”, a tu mleko, chleb, mydło, papier toaletowy, pieluchy, rąbanka, wódeczka i gazety porno na półce obok. Obrzydliwe są reklamy telewizyjne i radiowe, które wykorzystują muzykę kolęd. Takie wsadzanie jej w papier toaletowy. To powinno być prawnie zabronione np. przez ministra kultury, tym bardziej, że żaden koncern nie ma praw autorskich do naszych kolęd. Niech sobie napiszą swoje i grają.”
Tę wypowiedź oburzonego Internauty znalazłem na jednym z prawicowych portali.  Mieszanie w to ministra jest pewnie przesadą, ale przyznam, że mnie również wykorzystywanie symboliki religijnej w reklamie brzydzi. Owszem pewne symbole – takie jak choinka, potrawy wigilijne, nawet mikołaj ( wszak już nie biskup, lecz disnejowski krasnal) w świecie popkultury zatraciły swoje pierwotne duchowe znaczenie.  Ale czy się to specom od reklamy podoba czy nie, w naszym społeczeństwie pewne rzeczy święte się uchowały i powinni to uszanować. Chrześcijanom ( nie tylko katolikom) należy się taki sam respekt jak muzułmanom czy buddystom. Po to by nie ranić ich uczuć religijnych z korporacyjnych kartek świątecznych już dawno wyrzucono żłobek z Jezuskiem. Tych świętych znaków nie ma otaczającym nas świecie znów tak wiele.  Są nimi na pewno krzyż, Pismo Święte, modlitwy, pieśni religijne, w tym kolędy.  Czy warto z tym polemizować? Firma Hoop uznała, że tak. Oburzana na fakt, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zakazała puszczania w telewizji reklamy Hoop Colę Daj z wykorzystaniem melodii „Hej w dzień narodzenia”, w rozesłanym oświadczeniu do dziennikarzy przekonuje, że to żadna święta melodia tylko zwykła ludowa pastorałka. Wciska bezczelnie kit, że w gruncie rzeczy reklama Hoop Coli miała głęboki społeczny sens – „głównym założeniem kampanii miało być polepszenie odczuwalnej jakości relacji międzyludzkich wśród Polaków”. Takich bzdur już dawno nie czytałem.  Niestety to dowód na to, że dla korporacji nie ma już żadnych świętości.

Gdzie zrobić przedświąteczne zakupy: ranking hipermarketów 2009

2009/12/8, wtorek

Już po raz siódmy „Polityka” opublikowała raport hipermarketów.  To, że takie zestawienie jest ludziom potrzebne nie ulega najmniejszej wątpliwości, o czym świadczy chociażby pokaźna liczba wpisów na forum gazeta.pl ( nasz ranking został na tym popularnym portalu szeroko omówiony).  Sporo czytelników dało upust swojemu niezadowoleniu ze sklepów, gdzie sami robią zakupy. Niebotyczne kolejki, bałagan, zatarasowane alejki, nieświeże owoce i warzywa to w nich standard.Ludzie dziwią się, więc, że sieci w naszym rankingu aż tak dobre notowania. No cóż, przecież guru marketingu Philip Kotler kiedyś napisał, że zadowolony klient podzieli się swoimi pozytywnymi odczuciami z trzema osobami, a niezadowolony zniechęci aż jedenaście. Już samo to tłumaczy dużą liczbę negatywnych wpisów pod naszym tekstem.  Nie da się też wyluczyć, że do tych nagorszych sklepów nasi ankietrzy w tym roku po prostu nie dotarli ( sklepy do badania dobierane są poprzez losowanie) i. W poprzednich latach zdarzało się przecież, że jeden wyjątkowo zapuszczony sklep wpływał na wyniki całej sieci.
Ale przecież trudno uznać za zrządzenie losu fakt, iż od samego początku nasi laureaci zdobywają najwyżej dwie trzecie punków spośród możliwych do zdobycia. To dowodzi, że firmy pod względem jakości mają wiele do zrobienia.  Jestem przekonany, że w hipermarketach na Zachodzie jest dużo mniej dziadostwa niż u nas.  Pewnie dlatego, że w Polsce wciąż głównym kryterium oceny sklepu jest niska cena.

Skąd się biorą kosmiczne ceny?

2009/11/26, czwartek

Skąd się biorą kosmiczne ceny? Nie tylko z siły monopoli ale również z naszej wygody.
U schyłku byłego systemu wożenie bawełny z Azji było łatwym i bardzo dochodowym biznesem. Warte kilkanaście centów bluzkę lub dżinsy można było sprzedać z pięcio- a nawet ośmiokrotnym przebiciem. Gdy komuna padła, ludzie dostali paszporty i eldorado niemal natychmiast się skończyło. Za sprawą konkurencji marże handlowe błyskawicznie stopniały do rozsądnych poziomów. Myślałem, że tak wielkich przebitek jak przed 20 laty już nie ma i nie będzie. Do wczoraj, gdy poszedłem do sklepu po bateryjkę L736. Okazało się, że kosztuje aż 8 zł. Gdybym potrzebował ją do drogiego zegarka, cena pewnie nie wydawałby mi się wygórowana, była prawdziwym szokiem, gdyż ja potrzebowałem tego ogniwa do zasilania tandetnej i taniej jak barszcz chińskiej zabawki należącej do mojego syna (dostał ją kiedyś w restauracji McDonald’s). Po powrocie do domu sprawdziłem, że identyczna bateria na Allegro kosztuje zaledwie 28 groszy (są dostępne w paczkach po 10 sztuk). Mógłbym je to tam kupić, ale zabrakło mi determinacji. Pomyślałem, że skoro inni zapewne postępują podobnie, stąd pojedyncza bateryjka w tradycyjnym sklepie może aż tyle kosztować.
Warto jednak pamiętać, że wszelkie stoiska zlokalizowane w tych najbardziej ruchliwych miejscach na ogół stosują drakońskie marże – mam tu na głównie na myśli tzw. wyspy w centrach handlowych, gdzie sprzedawane są m.in książki, sznurowadła, pieczywo, lizaki czy regenerowane tonery (. Internetowe platformy aukcyjne to świetne miejsca by weryfikować ceny. Ale czasami warto przepłacić, by natychmiast załatwić banalny problem. Warto więc tam kupić np. sznurowadła ale na pewno nie gwiazdkowe prezenty.

Życie bez komputera

2009/11/20, piątek

Wypełniłem wniosek w Internecie, dołączyłem do niego zdjęcie (plik JPG) i po dwóch tygodniach odebrałem na wybranej stacji metra nowy bilet miesięczny. Idąc po niego byłem zły, bo firma mogła przecież wysłać kartę do domu  pocztą. Jeszcze bardziej zrzedło mi mina, gdy zobaczyłem kłębiącą się do okienka kolejkę. Zanim  się w niej ustawiłem, zapytałem w sąsiednim okienku czy aby na pewno osoby, które złożyły wniosek przez Internet też w tej przerażającej kolejce muszą czekać. Okazało się, że nie. I po minucie dostałem moją kartę. Na ten widok w moje ślady poszły ze dwie stojące w ogonku młode osoby. Mimowolnie zacząłem taksować wzrokiem pozostałych kolejkowiczów. Byli to ludzie w średnim wieku,  którzy zapewne jak najdalej trzymają się od komputera. Zapewne tacy, co sadzą, iż  nie jest im do niczego potrzebny. Znam takich co w dodatku są z tego dumni, choć nie potrafią powiedzieć dlaczego. Przyznam, że do niedawna wzruszałem na to ramionami, ale ta moja przygoda z kartą dała mi do myślenia – pokazała jakie mogą być skutki wykluczenia informatycznego. Można powiedzieć, że nic się nie stało: przez awersję do  Internetu i komputera ludzie ci stracili godzinę życia na kolejkowanie. Dużo ważniejsza kwestia dotyczy tego, czego pozbawieni mogą zostać jutro. 

Polska jak dworzec centralny

2009/11/12, czwartek

Niedawno znajomy na facebooku narzekał na Dworzec Centralny. Żalił się, że królujece tam od 20 lat brud i smród drażnią go wprowadzając w depresyjny nastrój. Oczywiście rozpętała się wokół tego dyskusja. Tylko nieliczni chwalili oldschoolowe klimaty, reszta twierdziła, że taki dworzec to wielki obciach dla prawie 40-milinowego państwa i to należącego do Unii Europejskiej.
A ja śmiem podejrzewać, że ten dworzec jest kwintesencją polskości, jest aż do bólu prawdziwy – tu spotykają wszyscy ze wszystkimi: przedstawiciele klasy średniej goniący na intercity rozpływają się szarym tłumie pasażerów kolei podmiejskiej, najbardziej jednak w oczy rzucają się bezdomni, narkomani – wszyscy ci, którzy nie mają gdzie się podziać. Bo centralny aż do bólu jest demokratyczny, i zarazem autentyczny: pokazuje prawdziwy obraz społeczeństwa, czego nie można powiedzieć do sąsiadującego z dworcem centrum handlowego Złote Tarasy. Tam ładnie pachnie, bo uliczny kloszard nie ma wstępu. Na dworcu jest paskudnie, gdyż patologie kłują w oczy. Nie da się ich zamieść pod dywan. Złośliwi powiedzą, że za komuny aż tak źle przecież nie było. Być może. W końcu centralny był o te 20 lat młodszy, zaś milicja bezdomnych wywoziła Nyskami do lasu. Ciekawe, co na podstawie analizy europejskich dworców, można powiedzieć o innych nacjach?

Szamani biznesu

2009/11/5, czwartek

Na biznesowych spotkaniach wiodącym tematem rozmów pozostaje kryzys. Z tych debat niewiele wynika i zaczynam odnosić wrażenie, że mówi się o nim tak jak niegdyś o pogodzie, wyłącznie po to by nawiązać kontakt lub podtrzymać więdnącą rozmowę.  Skojarzenie z pogodą jest tu jak adekwatne, bo jaka naprawdę będzie nie da się w dłuższej perspektywie przewidzieć. Z gospodarką jest podobnie – jest na tyle złożona,  jest niej tyle rozmaitych uwarunkowań, że ekonomista stał się kimś w rodzaju indiańskiego szamana. W pewnym sensie stał zakładnikiem kierowanych do nich oczekiwań, że wreszcie obwieści, że ten czy ów rosnący wskaźnik nie jest tylko światełkiem w tunelu lecz zwiastunem powracającej prosperity. Wyczekujący dobrych wieści menadżerowie co raz bardziej się niecierpliwią, ekonomiści zaś sami nadstawiają ucha ciekawi, czy aby jaskółek zwiastujących wiosnę z perspektywy przedsiębiorstwa  czasem nie widać. Jest tak jak w tym starym dowcipie o starym Indianie, który przez dwa lata z rzędu przepowiadał wyjątkowo srogą zimę i radził gromadzić dodatkowe zapasy chrustu. Ponieważ jego prognozy się nie sprawdziły,  postanowił więcej nie ryzykować i u dał się po poradę do meteorologa. Od niego usłyszał, że nadchodzi zima stulecia. Skąd taka pewność? Bo Indianie przez dwa lata z rzędu robili wielkie zapasy chrustu – usłyszał stary Indianin.  Coś w tym jest na rzeczy, prawda? Nie raz zastanawiam się jak to jest, że nawet najbardziej absurdalne opinie potrafią się rozpowszechniać niczym pożar lasu. Dzieje się tak wtedy, gdy wypowiada je  wszechwiedzący autorytet ( nawet znani publicyści w TOK FM wypowiadają się na tematy, o których nie mają bladego pojęcia), zaś poprawność polityczna bierze górę i publiczność zamiast mówcę wygwizdać, oklaskuje. Wydaje mi się, że tak właśnie dzieje się w przypadku afery hazardowej. Premier wypowiedział lobby hazardowemu wojnę i zapowiedział, że nowa ustawa zostanie uchwalona w trzy tygodnie. A wszyscy przecież wiemy, jakie bywają skutki pisania prawa na kolanie. Na styku biznesu z polityką w demokracji to chyba rzecz niestety normalna.
 Co ciekawe świat biznesu również łatwo ulega rozmaitym fantasmagoriom, w znacznej mierze to zasługa doradców ( którzy muszą  uzasadniać swoje istnienie) i dostawców nowych technologii. Bo z e-biznesem jest jak z gorączką złota – pamiętajmy, że w XIX wieku to nie poszukiwacze zbijali fortuny lecz dostawcy sit i łopat.